percha blog

Twój nowy blog

Czuję czasem, jak to mnie zabija. Ból tego domu przerasta mnie, chociaż i tak w tym wszystkim cieszę się, że nikt nie nadużywa alkoholu ani nie klepiemy biedy.

Podobno członków w rodzinie łączą więzy naturalne, na które nie mamy wpływu. Dziecko, dojrzewając sobie w brzuchu mamy doświadcza najróżniejszych jej stanów, odczuwa je wraz z nią i angażuje się w to emocjonalnie, chociaż nawet jeszcze nie umie nazwać tego, co się dzieje na zewnątrz. Trzeba zatem przyjąć, że złość i agresja słowna nie wymaga rozumienia języka ani nawet bezpośredniego powiązania przyczynowo-skutkowego. Człowiek, jako istota empatyczna odbiera sobą tę negatywną (nazwijmy to tak roboczo) energię. Zależnie od charakteru energia ta szybko znajduje ujście albo nawet nigdy nie porusza osoby głęboko (psychopaci), poprzez wywoływanie pokrewnych ofiarom (bądź obu stronom) uczuć aż po kompletne uczestnictwo w sytuacji, co oznacza pełne zaangażowanie emocjonalne i duże prawdopodobieństwo interwencji, próba przejęcia choćby minimalnego wpływu na rozwój wydarzeń.
Wracając do domu. Rodzina, czyli pani, pan i dzidzia mają zapewnić dziecku jak najbardziej naturalne warunki rozwoju, troszcząc się o nie aż po osiągnięcie samodzielności życiowej. Co jeżeli konflikt na lini pan i pani jest już chorobą, napędzaną przez pewną „masońską” (Natanek) instytucję na K? Nie chce mi się w nasze ziemskie podziały wtrącać Boga, bo sobie na to nie zasłużył. Ale mam nadzieję, że ten obłęd kiedyś minie. Mam na myśli rodzinę, mam na myśli O.D., mam na myśli K.

Poszło o głupią imprezę. Miałam rozpoczęcie roku i nie mogłam się zjawić na wieńczącej wakacje domówce.

Początkowo pokojowy ton, ale wiadomo, że pod nim groźne ironiczne prychnięcie.
„Przecież nie trzeba iść na rozpoczęcie roku”-argument, który do mnie nie trafił, był argumentem decydującym dla niej. Obie wygrałyśmy, obie przegrałyłyśmy, obie podkuliłyśmy ogon i po dłuższej chwili zawarłyśmy rozejm aż do dzisiaj.
Właściwie powód podobny, kolejna impreza, tym razem w niedzielę. 
„Pójdziesz?”.
Jasne. Nie mam rodziców, nie mam szkoły, nie jestem w klasie maturalnej, nie mam sprawdzianu z antyku, którego kolejny termin będzie w listopadzie. Nic mnie nie trzyma, mogę jechać.
Ale damski foch i tutaj mnie dopadł, chociaż delikatnie starałam się jej uświadomić, że nie dam rady teleportować się te paręset kilometrów i zrobić 6,5 pociągo-godzin w sekundę, tak żeby przy okazji pogodzić dupogodziny, szkołę, mnie i ją samą ze sobą. To absurd. Ten rok będzie absurdalny. Chciałabym, żeby jednak ktoś kto jest ze mną, był też za mną.
Rzucę jakieś „expecto patronum”, przecież jakiś obrońca mi się teraz należy.
Aaaa pieprzyć. Idę na kolację.

Zaczął się nowy rok szkolny, a ja i moje prawo jazdy jesteśmy w czarnej dupie. Muszę się konkretnie zebrać i po prostu pokazać światu, że umiem korzystać z samochodu i nie stwarzam zagrożenia w ruchu drogowym.

Nogi mi skaczą, pląsając w nerwowym pre-maturalnym tańcu. Denerwuję się, bo wiem, że mnie na wiele stać i chcę to „wiele” zobaczyć na oficjalnym papierku. Moim własnym papierku.
Nienawidzę pytania, w którym pojawia się „S.”. Nie chcę o tym myśleć. Nie chcę o tym słyszeć. Nie wierzę w przyjazne związki lesbijskich eks-kochanek. Może w tęczowych bajkach, nie w życiu.
Czy na takie „problemy” nie jest czasem za wcześniej? Czy ktoś tu pierdoli?

Od wczoraj na nowo liczymy. To właściwie kwestia dyskusyjna, jak to pogodzić z tamtym, przerwanym tak gwałtownie, prawie półroczem. Z ciekawszych spraw, dobiegają końca moje wakacje. Przez bite dwa miesiące nie robiłam zbyt wiele. Myślałam, że takie nudne wakacje będą się dłużyć, ale przynajmniej sobie pośpię i się wyleżę. Przegięłam jednakże w drugą stronę i rozleniwiłam się karygodnie. Nie tak powinny były wyglądać moje wakacje przed klasą maturalną.

Obudziła mnie pyszczkiem. Łaskocząc wąsami. Ocierając się noskiem. Wobec takich argumentów byłam bezsilna, wstałam te parę minut przed budzikiem.

Prawdę powiedziawszy nadal mi dziwnie, kiedy gdziekolwiek widzę imię i nazwisko Tej Drugiej. Nic się nie stało, po prostu było sobie na Jej profilu fejsbukowym w dziale muzyka. Skręca mnie, wolałabym żeby tego zwyczajnie nigdy nie było, żeby ona była jakąś tam S.. Chciałabym się łudzić, że dla Niej jestem najważniejsza, że inne są przy mnie nijakie, że jestem pieprzonym ósmym cudem świata. Tymczasem ona dzień wcześniej zarzekała się, że nic nie zrobi,że jest tak, jak powyżej . Spałam wtedy u dziadków i karmiłam się jej słowami. Już bolało, miałam te okropne przeczucia, ale nie -starałam się je w sobie zabić, zabić dla niej. A potem przyszła sobotnia noc. Nawet zadzwoniłam. Nawet o sobie przypomniałam. To chyba…nie. Chciałam powiedzieć, że „to chyba w tym najbardziej boli”, ale jest przecież jeszcze masa innych szczegółów, które dają po dupie równie mocno.
Ale czy to ma znaczenie? Potem było nawet gorzej, w końcu wyszło na to, że ta zdrada to było małe piwo. I co teraz? Ja nie wiem, czy ja sobie z tym radzę. Przecież z nikim nie rozmawiałam o tych wszystkich szczegółach… A ja jestem gdzieś tam w środku. A przecież to nadal boli.

Zamiast rozpakowywać się praktykuję siedzenie przed komputerem. Tak mi się wzięło na fejsbukowe wspomnienia. Moje palce z udziałem mózgu wybrały jej imię i nazwisko, aby nakarmić trawiącą mnie ciekawość.

Kiedy po niej płakałam, bolało mnie, że ona pierwsza ze mną zerwała. Ale łez warta faktycznie nie była! ;)
Leć tam, gdzie miłość
głaszcze cię dłonią
Nie płacz za tymi,
co miłość Twą trwonią.
Leć z tym, co słów twoich słucha.
Słuchaj jak miłość wrzeszczy do ucha

Jestem M., pracuję oficjalnie jako konsultantka do spraw seksu. Tworzę ukochany ideał, swoistą sferę sacrum, ale jednocześnie jestem materialnym punktem jej transcendentnego odniesienia. Jak to brzmi? 

Proszę, nie spieprz.
Wypełnia mnie strach przed byciem zranioną. Gdzieś pod jego warstwą czai się niezniszczalna pewność swojej wartości i tego, że jeśli czegoś bardzo się chce, to się to w końcu otrzymuje.
Słucham Adele, a jej jedna płyta oddaje wszystkie moje nastroje, związane z tą chorą sytuacją. Potrzeba sanacji. Zacisnę piąstki i rozwalę system, jeśli będzie trzeba. Pozabijam komary. Rozproszę ślimaki. Ukoję każdy irracjonalny lęk. Pocałuję zdradzieckie wargi. Pozwolę odbudować.
Tak łatwo się poddałaś. Wróć.


Nienawidzę być pariasem, drugorzędnym pionkiem, zaufaną pieprzniczką i usuwalnym dodatkiem w wystroju wnętrz.

Nienawidzę uśmiechów, czułych gestów i miłych słów, kiedy maskują twoją aktualną wartość dla drugiej osoby.
Nienawidzę być odkładana na półkę cudownych wspomnień o niesamowitej dziewczynie, kiedy proponuję darowiznę w postaci tu i teraz.
Nienawidzę tego nagłego kującego uczucia w okolicy serca, kiedy rozsądek mi mówi, że rzeczywistość nie jest tego w żaden sposób warta.

Czuję, że nadchodzi mała życiowa rewolucja.

So that I can pretend that I’m menstru…well, unavailable
Lieber Gott hörst du mich? 
Warum hilfst du uns nicht?
Lieber Gott lässt uns allein 
und die ganze Erde weint. 
Lieber Gott wo bist du?
Warum siehst du uns nur zu?
Lieber Gott sag mir was wird 
wenn jede Hoffnung stirbt?

Bawiąc się z kotką, rozmyślałam nad Bogiem. Bo ja jestem dla niej niejako wszechmogącym władcą. Daję jej jeść, sprzątam po niej, opiekuję się nią, bo czuję się za nią odpowiedzialna.

Jak wygląda odpowiedzialność w Bożym kontekście i miłości do stworzenia?
No właśnie nie wiem. Codziennie wieczorem staram się podziękować za łaskę przeżycia kolejnego dnia. Często ułomnie, bo po ludzku, ale mimo wszystko w jakiś sposób. Jestem wtedy naprawdę szczęśliwa i próbuję odnaleźć tą wewnętrzną wdzięczność. Tylko problem pojawia się, kiedy napotykam takie stwierdzenia jak: „Nie wierzę komuś, kto się chowa” czy chociażby moje własne myśli pokroju tej o miłości.
Po pierwsze, nie umiem się nie zgodzić z powyższym. Albo z kimś sobie pogrywamy, jesteśmy fałszywi i otaczamy się kłamstewkami, mając wiele do ukrycia, albo konkretnie i szczerze mówimy ludziom prosto z mostu o pewnych rzeczach. To, co czujemy nie jest nieuzasadnione. Czai się w nas lęk przed bezgraniczną ufnością i to lęk uzasadniony. Dziwi mnie, że powinnam odrzucić najbardziej pierwotny z instynktów – jednym z darów Wszechmogącego, żeby w niego samego wierzyć. Rozumiem, że na tym polega właśnie wiara. Że jest ciężko, że nie mamy jasnych dowodów, że właściwie można zarówno wykazać, że coś jest, jak że tego nie ma. Ale mimo wszystko gdzieś tam zalega pytanie „dlaczego?”.
Drugą kwestią jest miłość. Kiedy się kogoś kocha, to najbardziej się chce widzieć odmalowaną na jego twarzy przyjemność. Rozkosz rozmowy, małych i większych gestów, poranka, dnia, wieczora i nocy, dzielenia wielkiego uczucia… Prawdziwa druga połowa jest zatem kochanką, matką i przyzwoitką w jednym, a to razem powinno być naturalne i piękne każdego dnia. Jeżeli chodzi o inny rodzaj miłości, to jest on podobny – chcemy po prostu czyjegoś dobra, dobra za wszelką cenę. Chociaż moim zdaniem to nieprawda, że nawet kosztem swojego szczęścia. Jak ktoś kocha, nie powinien wymagać, że druga osoba rzuci się dla niego ze skały. To brzmi źle i w istocie jest złe, tak więc moralnie także złe. Miłość nie powinna prowokować czynów jednoznacznie niepoprawnych moralnie, bo z założenia ma być dobra. Z fałszu nie wynika prawda. Ale pozorna prawda łatwo się staje fałszem. Dobro zawsze jest złe.
Wracając do kwestii Boga. Skoro już stworzył człowieka i kocha go w sposób doskonały, to dlaczego robi to tak niezrozumiale? Jasne, że moja kotka nie rozumie, kiedy całuję ją w głowę. Robię to, bo to ludzki sposób okazywania uczuć – opieki i ogromnej sympatii. Mimo wszystko oprócz tego karmię ją, zmieniam jej kuwetę, głaszczę i drapię ilekroć tego potrzebuje. Widzi, co robię i za to mnie kocha. To naprawdę jest dobre: być kochanym za to, że się zwyczajnie jest? Wiem, że Bóg sprawiałby że cały wszechświat tętni energią i tajemnicą. Jest czymś wspaniałym i porywającym. Sęk w tym, że nie każdemu pozwala to zobaczyć. Że twardość naszych serc nie może być wiecznie naszą winą. Miłość polega też na dawaniu drugiej szansy i wybaczaniu. Nigdy nie wróciliśmy do raju, czy nie tak? Nawet ojciec syna marnotrawnego przyjął go z powrotem i na nowo uczynił go dziedzicem. W myśl tej nauki, my jesteśmy na wygnaniu. Im inteligentniejsi, tym bardziej nieszczęśliwi i zagubieni.
Gdzie sens? Gdzie Bóg?

  • RSS