percha blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2011

#27 x-mas.

Brak komentarzy

Siedzę od 7.30 zupełnie obudzona, walcząc z mdłościami, które wywołuje moje ostatnie niejedzenie. Wiem, że z jednej strony, to zachowanie zakrawa na anoreksję („w przeciwieństwie do mojej sylwestki”-stwierdziszy kobieco), ale z drugiej to nie robię tego w imię niższych racji, tylko zwyczajnie, z lenistwa. Jak zawsze.

Na zewnątrz iście świąteczna pogoda. Cały śnieg, który nieśmiało napadał nam na głowy niespełna dwa dni temu, dziś jest już tylko w postaci płynnej i wątpię, by gdzieś zachowały się jego zbite kolonie. Na ziemi króluje urocza chlapa, która przypomina nam o każdym kroku, o tempie życia i o tym, by trzymać się z daleka od krawężników. „Jest zima” – świadczy moja kawa, robiąc się w chwilę kostką lodu, co w kontekście panującej dookoła temperatury zdaje się być niemalże nie do zniesienia.
Plany na tę przerwę są niezbyt rozbudowane. Generalnie oprócz klasycznego odpoczynku, chciałabym poudawać nerda i napisać cholerną pracę, żeby mieć zaliczoną ustną część matury. Co ja się będę z „polskim” pieprzyć, jak mi zupełnie przyjemności nie sprawia wyczytywanie cudzych esejów, napisanych takim językiem, żeby drugi człowiek wziął tekst do łapki i nie zrozumiał nic. To jest styl na-u-ko-wy. Poudawajmy, że inteligencję ma się na papierku, nie zaś w głowie.
Atmosfera domowa iście utopijna. Wszyscy współpracują w spaniu. Królestwo porządku.
Chyba zrobię sobie kolczyka w mózgu.

#26

Brak komentarzy

Siedzę sobie z midowym grzeńcem i płonącą świeczką, która ozdabia mój pokój spokojnym i pięknym zapachem. Jestem spokojna i zadowolona z życia, cieszę się tą chwilą. Jednak gdzieś wewnątrz walczą wciąż równorzędne racje, równorzędne uczucia. Wiekowy instynkt, konserwatyzm (rozumiany jako niechęć do zmian) i delikatne uczucie o zabarwieniu silnie romantycznym. Zwłaszcza to ostatnie nie daje mi o sobie zapomnieć, bo jest w tej chwili deptane i ignorowane. Rozrywa mnie od środka swoimi sprzecznościami. Nieuporządkowaniem. I takim…bólem? Jak nazwać tę bezbrzeżną odchłań, w którą spada się z ręką wyciągniętą ku górze. Dookoła ciemność, a głowa zadarta na przekór wszystkiemu ku górze, w stronę światła. Usta proszą o pomoc, jednak dźwięk nie niszczy idealnej ciszy próżni. Żadna fala nie poruszy pustki, nie ma takiej siły.

Czuję jakby wszystko było z góry wybaczone, jakbym nie miała żadnego wyboru. Jest mi przykro, ale nie ma złości ani żalu do osoby z imienia i nazwiska. Jest tylko ten produkt reakcji, który mógłby zostać odebrany sercu jednym ruchem ręki.
Stoję sama z opuszczonym bukietem. Odpadają z niego listki. Walentynki skończone, serce wyrwane i kolejny raz ciśnięte w ogień.
Płoń, nie żegnam Cię.

  • RSS