percha blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2011

#20. Nic.

Brak komentarzy

Za oknem leje, a warstwy chmur odcinają cały Szczecin od słońca. Sprawia to, że nic mi się nie chce i czuję się taka…powolna i ciężka. Mam ochotę wpakować się pod kołdrę i obejrzeć horror. Czuję się też cholernie samotna. Prawdobodobnie mój telefon spocznie w trumnie obok mnie. Tak, w miejscu jakiegoś życiowego partnera. Tego, żeby ktoś był obok i to zawsze z moją wzajemnością nie doczekam. Bo dotychczas w większości przypadków szło realizowanie pierwszej części, a z drugą szybko się pojawia problem, który sobie przemilczam. To nie tak, że chcę ranić. I nie tak, że chcę zdradzać. Ja tylko w pewnym momenciu stoję jedną nogą w gównie i mi ono śmierdzi równo, ale ja za nim widzę coś lepszego. „Lepsze jest wrogiem dobrego” usłyszałam chwilę przed nałożeniem czarnego na mój rudy. „Lepsze” wiąże się jedynie z ryzykiem, a dobre zapewnia tylko dawkę nudy.

Poza tym mi się zwyczajnie w dupie przewraca, jak mam szczęśliwy związek. I tak, robię głupoty.
Tak łatwo mnie zaniedbać, że aż samą siebie obrzydzam. Rozpieszczona panienka. Ja.

Czuję czasem, jak to mnie zabija. Ból tego domu przerasta mnie, chociaż i tak w tym wszystkim cieszę się, że nikt nie nadużywa alkoholu ani nie klepiemy biedy.

Podobno członków w rodzinie łączą więzy naturalne, na które nie mamy wpływu. Dziecko, dojrzewając sobie w brzuchu mamy doświadcza najróżniejszych jej stanów, odczuwa je wraz z nią i angażuje się w to emocjonalnie, chociaż nawet jeszcze nie umie nazwać tego, co się dzieje na zewnątrz. Trzeba zatem przyjąć, że złość i agresja słowna nie wymaga rozumienia języka ani nawet bezpośredniego powiązania przyczynowo-skutkowego. Człowiek, jako istota empatyczna odbiera sobą tę negatywną (nazwijmy to tak roboczo) energię. Zależnie od charakteru energia ta szybko znajduje ujście albo nawet nigdy nie porusza osoby głęboko (psychopaci), poprzez wywoływanie pokrewnych ofiarom (bądź obu stronom) uczuć aż po kompletne uczestnictwo w sytuacji, co oznacza pełne zaangażowanie emocjonalne i duże prawdopodobieństwo interwencji, próba przejęcia choćby minimalnego wpływu na rozwój wydarzeń.
Wracając do domu. Rodzina, czyli pani, pan i dzidzia mają zapewnić dziecku jak najbardziej naturalne warunki rozwoju, troszcząc się o nie aż po osiągnięcie samodzielności życiowej. Co jeżeli konflikt na lini pan i pani jest już chorobą, napędzaną przez pewną „masońską” (Natanek) instytucję na K? Nie chce mi się w nasze ziemskie podziały wtrącać Boga, bo sobie na to nie zasłużył. Ale mam nadzieję, że ten obłęd kiedyś minie. Mam na myśli rodzinę, mam na myśli O.D., mam na myśli K.

Poszło o głupią imprezę. Miałam rozpoczęcie roku i nie mogłam się zjawić na wieńczącej wakacje domówce.

Początkowo pokojowy ton, ale wiadomo, że pod nim groźne ironiczne prychnięcie.
„Przecież nie trzeba iść na rozpoczęcie roku”-argument, który do mnie nie trafił, był argumentem decydującym dla niej. Obie wygrałyśmy, obie przegrałyłyśmy, obie podkuliłyśmy ogon i po dłuższej chwili zawarłyśmy rozejm aż do dzisiaj.
Właściwie powód podobny, kolejna impreza, tym razem w niedzielę. 
„Pójdziesz?”.
Jasne. Nie mam rodziców, nie mam szkoły, nie jestem w klasie maturalnej, nie mam sprawdzianu z antyku, którego kolejny termin będzie w listopadzie. Nic mnie nie trzyma, mogę jechać.
Ale damski foch i tutaj mnie dopadł, chociaż delikatnie starałam się jej uświadomić, że nie dam rady teleportować się te paręset kilometrów i zrobić 6,5 pociągo-godzin w sekundę, tak żeby przy okazji pogodzić dupogodziny, szkołę, mnie i ją samą ze sobą. To absurd. Ten rok będzie absurdalny. Chciałabym, żeby jednak ktoś kto jest ze mną, był też za mną.
Rzucę jakieś „expecto patronum”, przecież jakiś obrońca mi się teraz należy.
Aaaa pieprzyć. Idę na kolację.

Zaczął się nowy rok szkolny, a ja i moje prawo jazdy jesteśmy w czarnej dupie. Muszę się konkretnie zebrać i po prostu pokazać światu, że umiem korzystać z samochodu i nie stwarzam zagrożenia w ruchu drogowym.

Nogi mi skaczą, pląsając w nerwowym pre-maturalnym tańcu. Denerwuję się, bo wiem, że mnie na wiele stać i chcę to „wiele” zobaczyć na oficjalnym papierku. Moim własnym papierku.
Nienawidzę pytania, w którym pojawia się „S.”. Nie chcę o tym myśleć. Nie chcę o tym słyszeć. Nie wierzę w przyjazne związki lesbijskich eks-kochanek. Może w tęczowych bajkach, nie w życiu.
Czy na takie „problemy” nie jest czasem za wcześniej? Czy ktoś tu pierdoli?

  • RSS