percha blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2011

Jestem M., pracuję oficjalnie jako konsultantka do spraw seksu. Tworzę ukochany ideał, swoistą sferę sacrum, ale jednocześnie jestem materialnym punktem jej transcendentnego odniesienia. Jak to brzmi? 

Proszę, nie spieprz.
Wypełnia mnie strach przed byciem zranioną. Gdzieś pod jego warstwą czai się niezniszczalna pewność swojej wartości i tego, że jeśli czegoś bardzo się chce, to się to w końcu otrzymuje.
Słucham Adele, a jej jedna płyta oddaje wszystkie moje nastroje, związane z tą chorą sytuacją. Potrzeba sanacji. Zacisnę piąstki i rozwalę system, jeśli będzie trzeba. Pozabijam komary. Rozproszę ślimaki. Ukoję każdy irracjonalny lęk. Pocałuję zdradzieckie wargi. Pozwolę odbudować.
Tak łatwo się poddałaś. Wróć.


Nienawidzę być pariasem, drugorzędnym pionkiem, zaufaną pieprzniczką i usuwalnym dodatkiem w wystroju wnętrz.

Nienawidzę uśmiechów, czułych gestów i miłych słów, kiedy maskują twoją aktualną wartość dla drugiej osoby.
Nienawidzę być odkładana na półkę cudownych wspomnień o niesamowitej dziewczynie, kiedy proponuję darowiznę w postaci tu i teraz.
Nienawidzę tego nagłego kującego uczucia w okolicy serca, kiedy rozsądek mi mówi, że rzeczywistość nie jest tego w żaden sposób warta.

Czuję, że nadchodzi mała życiowa rewolucja.

So that I can pretend that I’m menstru…well, unavailable
Lieber Gott hörst du mich? 
Warum hilfst du uns nicht?
Lieber Gott lässt uns allein 
und die ganze Erde weint. 
Lieber Gott wo bist du?
Warum siehst du uns nur zu?
Lieber Gott sag mir was wird 
wenn jede Hoffnung stirbt?

Bawiąc się z kotką, rozmyślałam nad Bogiem. Bo ja jestem dla niej niejako wszechmogącym władcą. Daję jej jeść, sprzątam po niej, opiekuję się nią, bo czuję się za nią odpowiedzialna.

Jak wygląda odpowiedzialność w Bożym kontekście i miłości do stworzenia?
No właśnie nie wiem. Codziennie wieczorem staram się podziękować za łaskę przeżycia kolejnego dnia. Często ułomnie, bo po ludzku, ale mimo wszystko w jakiś sposób. Jestem wtedy naprawdę szczęśliwa i próbuję odnaleźć tą wewnętrzną wdzięczność. Tylko problem pojawia się, kiedy napotykam takie stwierdzenia jak: „Nie wierzę komuś, kto się chowa” czy chociażby moje własne myśli pokroju tej o miłości.
Po pierwsze, nie umiem się nie zgodzić z powyższym. Albo z kimś sobie pogrywamy, jesteśmy fałszywi i otaczamy się kłamstewkami, mając wiele do ukrycia, albo konkretnie i szczerze mówimy ludziom prosto z mostu o pewnych rzeczach. To, co czujemy nie jest nieuzasadnione. Czai się w nas lęk przed bezgraniczną ufnością i to lęk uzasadniony. Dziwi mnie, że powinnam odrzucić najbardziej pierwotny z instynktów – jednym z darów Wszechmogącego, żeby w niego samego wierzyć. Rozumiem, że na tym polega właśnie wiara. Że jest ciężko, że nie mamy jasnych dowodów, że właściwie można zarówno wykazać, że coś jest, jak że tego nie ma. Ale mimo wszystko gdzieś tam zalega pytanie „dlaczego?”.
Drugą kwestią jest miłość. Kiedy się kogoś kocha, to najbardziej się chce widzieć odmalowaną na jego twarzy przyjemność. Rozkosz rozmowy, małych i większych gestów, poranka, dnia, wieczora i nocy, dzielenia wielkiego uczucia… Prawdziwa druga połowa jest zatem kochanką, matką i przyzwoitką w jednym, a to razem powinno być naturalne i piękne każdego dnia. Jeżeli chodzi o inny rodzaj miłości, to jest on podobny – chcemy po prostu czyjegoś dobra, dobra za wszelką cenę. Chociaż moim zdaniem to nieprawda, że nawet kosztem swojego szczęścia. Jak ktoś kocha, nie powinien wymagać, że druga osoba rzuci się dla niego ze skały. To brzmi źle i w istocie jest złe, tak więc moralnie także złe. Miłość nie powinna prowokować czynów jednoznacznie niepoprawnych moralnie, bo z założenia ma być dobra. Z fałszu nie wynika prawda. Ale pozorna prawda łatwo się staje fałszem. Dobro zawsze jest złe.
Wracając do kwestii Boga. Skoro już stworzył człowieka i kocha go w sposób doskonały, to dlaczego robi to tak niezrozumiale? Jasne, że moja kotka nie rozumie, kiedy całuję ją w głowę. Robię to, bo to ludzki sposób okazywania uczuć – opieki i ogromnej sympatii. Mimo wszystko oprócz tego karmię ją, zmieniam jej kuwetę, głaszczę i drapię ilekroć tego potrzebuje. Widzi, co robię i za to mnie kocha. To naprawdę jest dobre: być kochanym za to, że się zwyczajnie jest? Wiem, że Bóg sprawiałby że cały wszechświat tętni energią i tajemnicą. Jest czymś wspaniałym i porywającym. Sęk w tym, że nie każdemu pozwala to zobaczyć. Że twardość naszych serc nie może być wiecznie naszą winą. Miłość polega też na dawaniu drugiej szansy i wybaczaniu. Nigdy nie wróciliśmy do raju, czy nie tak? Nawet ojciec syna marnotrawnego przyjął go z powrotem i na nowo uczynił go dziedzicem. W myśl tej nauki, my jesteśmy na wygnaniu. Im inteligentniejsi, tym bardziej nieszczęśliwi i zagubieni.
Gdzie sens? Gdzie Bóg?

You know what? Fuck it. Fuck it. Fuck it.

Jasne, że powinnam siedzieć i się uczyć, jak każdy kandydat na studia medyczne. Problem polega na tym, że jestem tylko cholerną gówniarą i nie mogę sobie uporządkować uczuć. Męczy mnie ta cisza, męczy mnie ta odrobina samotności, którą właśnie otrzymuję. Nie zadowala mnie dziesięć smsów dziennie i marne „hej” w odpowiedzi na moje „dzień dobry”.

Nie wypełnia mnie wcale zimna obojętność. Jestem sparaliżowana, ale chyba bardziej przez nadzieję na coś świeżego niż przez faktyczne obustronne zainteresowanie. Czuję się, jak za czasów panny S. z Konina. Wymieniamy trzy smsy na krzyż, a robi to za wielką love. Ja się łudzę i myślę, że to się jakoś zmieni, a tu pewnego dnia przychodzi „Mam zablokowane konto. Napiszę, jak odblokuję.”, a ja „Okej.”, które po tygodniu zmienia znaczenie na „Ch. ci w dupę”. Nie chcę, żeby teraz tak było. Z każdym miesiącem, każdą osobą, coraz trudniej mi przyznać się do jakichkolwiek uczuć. Nie wspomnę już o tym, że nie jestem w stanie dać komuś tej pewności, że będę. Ja wiem, że mogłabym to powiedzieć, takie „nigdy cię nie opuszczę” czy „jesteś najwspanialszą kobietą, jaką spotkałam”, ale nienawidzę słów bez pokrycia i jestem świadoma czasowości stanów. Z jednej strony tak bardzo chciałabym zaufać komuś i dać siebie całą, taką jaka jestem. Z drugiej, kiedy okażę jakiekolwiek uczucie, czuję,  że się wygłupiam i siedzę w miejscu, wyprostowana jakby mi ktoś kij w tyłek włożył, z przyklejonym uśmiechem i tabliczką o nieudolnie nakreślonym „spierdalaj”. Laleczka z saskiej porcelany w spodniach i conversach, która pragnąć czegoś, robi wszystko żeby ktoś jej tego przypadkiem nie dał.
Nie rozumiem tej całej emocjonalności, która we mnie siedzi. Po co czekam na coś, co się nie zdarzy? Po co psuję coś, co mogłoby mi dać szczęście? A nie, to drugie pytanie to kłamstwo. Gdybym zmieniła teraz nastawienie, znowu bym musiała o nią zabiegać i walczyć o uwagę. Bo jestem tego kurwa nie warta.
I woke up and smelled the coffee.
She is far away. Me is gone.
La tormenta ha venido, destruyendo todo lo que construí.

Everything reminds me of you and it feels so bad.

I wish nothing had happened, wish you wasn’t that stupid and irresponsible, wish you could trust yourself and make me sure I can trust you.
Now it all seems so irrelevant although I have feelings for you still.
If you had done something after you had cheated, I would’ve felt appreciated. I don’t, because all we reached is mainly my work, my fight. Like I’ve done my part, wheres you were too lost to do anything. I had to find you and stick it back all alone. I know you are thankful and suddenly in love. I would have been as well, I guess.

  • RSS